Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
14. Kobieta w ciąży to cichy morderca.

14. Kobieta w ciąży to cichy morderca.



Przeczytajcie ten post z przymrużeniem oka.

Kilka lat temu zdiagnozowano u mnie chorobę Gravesa-Basedowa. Objawia się ona nadczynnością tarczycy, która w moim przypadku zrujnowała mi tamten etap życia. Byłam wtedy nadzwyczaj nerwowa i miałam nadzieję, że ten stan nigdy nie wróci. Niestety wrócił.
Będąc w ciąży czułam się jak tykająca bomba zegarowa. Nerwy sięgały zenitu i to z całkowicie błahych powodów. Oczywiście wszystkie wyniki były w normie, a jedyne co słyszałam od lekarki prowadzącej, to „Przykro mi, ale w ciąży tak po prostu bywa”.

Bitki lub pasztet z kota.

W trakcie ciąży byliśmy podczas przeprowadzki do naszego własnego EM. Takie wymarzone, zakupione za własnoręcznie zarobiony kredyt, na resztę naszego zakichanego życia. Na moje szczęście w nieszczęściu mieszkanko nie było w stanie deweloperskim. Było idealne na wejście i mieszkanie od zaraz. Pierwszy raz widziałam je przed ciążą, a następnie już w ciąży. Na początku wszystko było super, wszystko mi się podobało. Ta cała ciąża zakrzywiła mi rzeczywistość i nagle w chałupie wszystko było źle. Wszystko nagle jakieś krzywe, ciemne, szarobure i nijakie. Totalnie wkurzało mnie to mieszkanie i żałowałam wziętego na nie kredytu.

Dodatkowo była właścicielka miała dwa koty, więc te durne alergeny były wszędzie. Poza tym kot męża właził wszędzie. To leżał na blacie w kuchni, to próbował ostrzyć pazury na naszym materacu do spania, to zwymiotował na parapet. Istny dom wariatów. Moja alergia sięgnęła zenitu i nagle odkryłam, że mam astmę. Mąż starał się zrobić dla mnie wszystko, ale najczęściej i tak za to wszystko obrywał. Przez to, że w nocy budziłam się z ostrymi dusznościami, postanowiliśmy ubezwłasnowolnić kota i ograniczyć mu możliwości tylko do dwóch pomieszczeń. Natomiast ja skutecznie oczyszczałam dom z sierści i alergenów. Gdyby nie to, zapewne szukałabym przepisu na bitki z kota.

Nieplanowany remont na życzenie.

Mimo, że mieszkanie, jak na ostatni remont 15 lat temu, wyglądało dość dobrze, to w mojej ciążowej głowie było fatalne. Zrezygnowałam z sypialni na piętrze w obawie, że spadnę ze stromych drewnianych schodów. Musieliśmy przeobrazić otwarty salon w sypialnię i oddzielić go ścianą od przedpokoju. Jak żona chciała, tak się stało. Cały remont trwał około 5 dni i w ten sposób zyskałam pomieszczenie, w którym legalnie mogłam biegać na golasa.

Perfekcyjna pani domu.

Kiedy brała mnie złość (co nie było trudne, bo wkurzało mnie wszystko), zabierałam się za sprzątanie. Pucowałam wszystko. Dzień w dzień odkurzacz szorował długi dywan na korytarzu, aż w końcu się poddałam i po dwóch tygodniach go wywaliłam. Po prostu codziennie widziałam jak leży na nim kocia sierść. Poza tym kilka razy w tygodniu sprzątana była łazienka. Mężowi zrobiło się tak szkoda, że postanowił sprzątać ze mną. Wiecie jak to jest ze sprzątającymi facetami? (Wybacz mi mężu) Często coś myją, a kobiety po nich poprawiają kiedy nie patrzą.
Jednego dnia tak się wkurzyłam, że aby umyć podłogę w pokoju, wzięłam stół i podniosłam go do góry. Jakie to było skrajnie nieodpowiedzialne, to ja nie wiem, ale moje problemy w tym czasie były naprawdę wielkiej wagi.

Nie jestem z tym sama!

Ostatnio na jednej z dzieciowych grup, rzuciło mi się w oczy zdjęcie. Znajdowały się na nim kapcie z doczepionym czymś do podeszwy. Przybliżyłam nos do laptopa, zmrużyłam oczy, przyćmiłam uszy i zobaczyłam co to dokładnie było. Kobita dokleiła podpaski mężowi do domowych laczków, bo wkurzało ją to, że za głośno nimi klapał po panelach. Przez pierwsze kilka minut śmiałam się jak wariatka, doprowadzając się do ataku astmy, a potem dotarło do mnie, że ja sama byłam do tego zdolna. Z ciekawości zajrzałam w komentarze i jak zawsze się nie zawiodłam!

Jedne planowały jak zamordować sąsiada i ukrócić jego remont, innym przeszkadzało głośne oddychanie mężów, ale znalazłam swoją faworytkę. Biedny mąż oberwał skarpetami, które leżały pod fotelem (Strzeż się mężu, bo podoba mi się ten sposób), a starsza córka dostała mokrymi ubraniami, którymi ciężarna wytarła mokrą podłogę w łazience. Tylko po to, aby młoda dama nauczyła się zabierać swoje rzeczy z ziemi i wycierała podłogę, którą sama zmoczyła. Co jak co, ale te kobiety są bardziej kreatywne ode mnie. Naprawdę bałam się, że jestem z tym problemem sama.


A wy jak przechodziłyście swoje ciążowe stresy? Ktoś od was oberwał? Jak sobie z tym radziłyście? 
12. Moje dziecko nie będzie obchodzić urodzin!

12. Moje dziecko nie będzie obchodzić urodzin!



Są na tym świecie rzeczy, które nas denerwują, irytują, śmieszą, smucą lub wzruszają. Ostatnio natrafiłam na jedną taką wypowiedź, a raczej ich kilka. Wprawiły mnie one w niemałe zdziwienie i zdenerwowanie. Nie sądziłam, że w tych czasach, kobiety rodzące przez cesarskie cięcie, mogą być aż tak dyskryminowane.

Wypowiedzi brzmiały następująco: „Wasze dzieci nie mają urodzin tylko obchodzą wydobyciny i nie ważcie się nazywać prawdziwymi matkami”, „Poród to poród.a cesarka to zabieg. Nie można mówić że kobieta urodziła dziecko jak miała cesarkę. Z niej dziecko wyjęte zostało. Ona go nie urodziła. Dziecko się urodziło tak czy inaczej.ale kobiety mające dzieci przez cesarkę nie mogą mówić że urodziły dziecko.były w ciąży ale nie rodziły.” (Wybaczcie za taką dziwną interpunkcję, ale dokładnie tak było to napisane.), „Dla tych co nie rozumieją słowa poród: PORÓD= skurcze, parcie, wysiłek, ból, wyczerpanie, wydanie na świat dziecka własnymi siłami. Drogie mamy po cc- nie oszukujcie się i nie pochlebiajcie sobie.”

Ludzie no szlag mnie jasny trafia jak czytam takie wypowiedzi. Zastanawia mnie, dlaczego to kobiety są dla siebie takie chamskie… BEZ POWODU. Faceci chociaż mają jakieś sensowne powody, a kobieta, kobiecie jest wilkiem. Ja rozumiem, że one tak strasznie się męczyły, w pocie czoła wypychały potomka na świat, ale skąd ta nienawiść do kobiet po cesarce.

Wiele kobiet decyduje się na poród przez cesarskie cięcie, ponieważ po prostu boją się rodzić naturalnie. Wcale ich nie potępiam, bo uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru.

Będąc na szkole rodzenia dowiedziałam się o różnych metodach uśmierzania bólu porodowego, o pozycjach, które pomagały przetrwać skurcze i o możliwości skakania na piłce. Niestety do wielu kobiet to nie przemawia i wciąż obawiają się porodu. Czasem nie chodzi tylko o sam ból. Kobiety obawiają się pęknięcia lub nacięcia. Ciężarne wypowiadające się w Internecie boją się również ewentualnych powikłań po porodzie np. problemy z trzymaniem moczu. Takie kobiety nie zasługują na to, aby były obrzucane błotem. Są takimi samymi matkami jak kobiety rodzące naturalnie.

Ja sama przeszłam cięcie cesarskie ze wskazań medycznych. Córka była ułożona miednicowo. Miałam skurcze, sączyły mi się wody, więc poród jak malowany, a to, że zakończył się cięciem, to niczego nie zmienia. Rozumiem, że jednak jest to zabieg/operacja, ale dalej jest to poród. Mało tego! Kobieta, która URODZIŁA przez cesarkę została matką.

Niestety nie ma się co dziwić, skoro słownik języka polskiego definiuje, to w następujący sposób: cesarskie cięcie «operacja położnicza polegająca na otwarciu jamy brzusznej i macicy w celu wyjęcia płodu». Potem mamy, to co mamy. Zastanawiam się skąd ta nienawiść. Oczywiście zaznaczam, że wiem jak dobre i ważne jest, aby dziecko przeszło przez kanał rodny.

Co mają powiedzieć kobiety, które przez wiele godzin męczyły się, aby spełnić swój kobiecy obowiązek i chciały urodzić dziecko naturalnie, ale z pewnych względów lekarze podjęli decyzję o cięciu? Tylko po to, aby uratować dziecko, matkę lub oboje. Co one myślą? Naczytają się takich głupich wypowiedzi i już depresja gwarantowana. Przecież nie dała ona rady urodzić dziecka, nie jest prawdziwą matką, dziecko nie będzie obchodzić urodzin, tylko wydobyciny. To naprawdę brzmi absurdalnie jak na XXI wiek. W ogóle skąd taka myśl, że dziecko zostało wydobyte? Wydobywają, to górnicy węgiel.

Myślcie sobie, co chcecie. Moje dziecko może obchodzić rocznice cesarskiego cięcia lub wydobyciny, ale ja wiem doskonale, że moje dziecko zostało URODZONE, ja to moje cudowne dziecko URODZIŁAM i mam prawo nazywać się MATKĄ. Tak samo jak każda inna kobieta.

Szanujmy się drogie panie i pomyślcie proszę co może czuć druga matka. W jakich okolicznościach doszło do tej znienawidzonej przez was cesarki. Pomyśl, czy przez twoje głupie gadanie, jakieś dziecko nie straci matki. Bądźmy szczerzy, ale kobieta mająca depresję poporodową najczęściej nie jest w stanie w pełni oddać się swojemu dziecku. Pomyśl odrobinę i ugryź się czasem w język lub palec, zanim zaczniesz pleść głupoty. Może twoja sąsiadka, która ostatnio ci pomogła lub serdeczna przyjaciółka, którą znasz od czasów mleka pod nosem rodziła przez cesarskie cięcie. Jej też w ten sposób sprawisz zawód?

Usiądź w ciszy i poświęć kilka minut na przemyślenia. Sama nie chciałabyś usłyszeć takich słów z ust innej kobiety. Pomyśl jak ciebie mogłoby to zaboleć.



A wy? Jaki macie stosunek do porodu przez cesarskie cięcie? Może same doświadczyłyście takich przykrości? Co uważacie o takich wypowiedziach? Podzielcie się ze mną, bo boję się, że stracę wiarę w ludzkość. Tak bardzo mam nadzieję, że to tylko żarty lub nieliczne skrajne przypadki. 
11. Szefowa z piekła rodem?

11. Szefowa z piekła rodem?



Jak wiadomo ostatnio podjęłam się nowej pracy. Jest ona bardziej wymagająca i odpowiedzialna, niż moja dotychczasowa robota. Pełnoetatowa, wymagająca ode mnie całkowitej dyspozycyjności, wszystko muszę uzgadniać ze swoją nową szefową. Nawet takie kwestie jak toaleta. W dodatku dowiedziałam się, że nie przysługuje mi żaden urlop i zwolnienie lekarskie. Rzadko kiedy moja przełożona pozwala mi na posiłek lub przerwę. Czasem boję się, że mąż mnie zostawi przez to, że moje życie zawodowe jest ważniejsze od małżeństwa. Poza tym moja szefowa bardzo na mnie krzyczy i jest strasznie humorzastą osobą do tego stopnia, że czasem boję się odezwać.

Brzmi okropnie, prawda?

Bycie mamą nauczyło mnie dużo. Bardzo się tego bałam, ale potrzeba posiadania dziecka była tak wielka, że wtedy o tym nie myślałam.

Praca pełnoetatowa wymagająca dyspozycyjności


Kiedyś uważałam, że dziecko to tylko je, robi w pieluchę i śpi. O jak ja się pomyliłam! Laura jest takim ewenementem, że głowa mała. Oczywiście tak było na początku, zaraz po wyjściu ze szpitala. Ładnie jadła i chodziła spać. Teraz jest zupełnie inaczej. Moja szefowa ma takie godziny, że jak nie śpi, to chce się przytulać i ja muszę spełnić jej zachcianki. Musi być najedzona, musi mieć sucho, potrzebna jest odpowiednia ilość buziaków i przytulasów. Nie ma wtedy mowy o tym, abym poszła zjeść, ogarnąć swoją toaletę lub też posprzątać. No szkoda wielka!

Poza tym potrzebna jest dyspozycyjność. Moja nowa przełożona ma czasem zły humor w środku nocy. Wtedy jest bardzo zła jeśli jak najszybciej do niej nie przyjdę. Trzeba się domyślić czy tu chodzi o pieluchę, a może pani jest głodna. Pamiętam początki, kiedy mój organizm nie był przyzwyczajony do nocnego wstawania. Potrafiłam zasypiać podczas karmienie i nie pamiętałam kiedy butelka była pusta. Podczas pierwszego skoku rozwojowego płakałam w nocy ze zmęczenia. Błagałam, aby jak najszybciej zasnęła. Oczy same zamykały mi się podczas przygotowywania mleka. Teraz nie narzekam na małą ilość snu. Moja szefowa jest czasami pod tym względem wyrozumiała i lubi spać do późna.

Osobisty kierowca auta służbowego


Na początku ciąży myślałam nad zakupem używanego wózka, ale później dotarła do mnie myśl „No gdzie moja szefowa i używana fura? Przecież szanowny tyłeczek Pani Prezes musi być wożony bryką prosto z salonu.”

Teraz zostałam osobistym kierową auta służbowego. Przemierzamy kilometry w centrum miasta i już nie mogę się doczekać, aż zamienię gondolę na spacerówkę. Poza tym ostatnio z uwielbieniem i dumą noszę przełożoną na rękach (no dobra… w chuście).

Tatuś, to nie mamusia


Mojej córki nie da się oszukać. Czasem wpada w taką histerię, że ja już nie daję rady. Czasami też potrzebuję zadbać o siebie. W gruncie rzeczy prysznic raz na jakiś czas jest potrzebny. Dlatego w takich sytuacjach muszę załatwić sobie zastępstwo, którym jest tata. Niestety momentami kończy się to jeszcze większym krzykiem. W takich chwilach prysznic musi poczekać. W końcu tatuś nie jest mamusią i też nią nie pachnie. Nasz klient, nasz pan.

Brak urlopu


Kiedyś może bym na to narzekała, ale teraz nawet nie byłabym w stanie pomyśleć o choć jednym dniu bez dziecka. Nie wyobrażam sobie na ten moment zostawić dziecka i starać się „odpocząć”. Taka mała istotka mnie potrzebuje i potrzebuję się nią zająć. Już mi serce pęka na myśl o żłobku. Przecież jak wrócę do pracy po urlopie, to chyba zapłaczę się przez 8 godzin bez dziecka.

Chudy portfel


Nie zawsze nowa praca wiąże się z lepszą wypłatą. Moja szefowa mi nie płaci, a wręcz przeciwnie, odchudza mi portfel. Na szczęście moją wypłatą jest jej uśmiech, którym obdarowuje mnie każdego dnia.


Nawet jeśli moja szefowa jest inna od wszystkich, nie płaci mi i dużo wymaga, to kocham ją najmocniej na świecie. Nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ta nowa praca bardzo mi się podoba. 
10. Praca, studia, ciąża. Jak to było ze mną?

10. Praca, studia, ciąża. Jak to było ze mną?


Od czego się zaczęło?


Już od czasów szkoły średniej wiedziałam, że nie będę chciała studiować w trybie dziennym. Wychodziłam z założenia, że mogę jednocześnie pracować, a w weekendy się uczyć. Dlaczego? A no dlatego, że po tych trzech latach będę miała ten sam dokument, co rówieśnicy studiujący dziennie. Jest jedna różnica- Ja będę miała doświadczenie. Drugą sprawą było to, że nie chciałam prosić rodziny o pieniądze. Same plusy.

Oczywiście takie studia kosztują i to wcale nie tak mało.

Na początku podjęłam się nauki na kierunku „bezpieczeństwo wewnętrzne”. Czesne za semestr było jak dla mnie strasznie wysokie, ale można je rozłożyć na dogodne raty. Niestety prawie cała moja wypłata w tym czasie szła właśnie na naukę. Pracowałam wtedy na ćwierć etatu, więc nie zarabiałam w tym czasie milionów. Spędziłam na tym kierunku rok i wiem, że był to rok stracony.

W grudniu 2014 roku zmieniłam pracę i trafiłam do jednego ze znanych centrów usług wspólnych w naszym mieście. To zupełnie inny świat, w którym o dziwo się zakochałam i powiązałam z nim swoją przyszłość. Jak to mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i tak jak moja mama, tak i ja zapragnęłam zostać księgową. Rozpoczęłam naukę na kierunku „finanse i rachunkowość”. Obecnie jestem już na ostatnim roku i mam na głowie pracę licencjacką, ale na początku nie wiedziałam co mnie czeka.

Dzięki temu, że zmieniłam pracę, to wzbogacałam swoje CV przy jednoczesnej nauce. Ale nie o tym miał być wpis.

Jak to ogarnęłam?


Nie było to skomplikowane, ale do najprostszych nie należało. Pracowałam od poniedziałku do piątku, a zajęcia miałam w co drugi weekend. Cała sobota i niekiedy cała niedziela. Skutkowało to w tym, że nie zawsze wracałam wypoczęta w poniedziałek. Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Miewałam chwile słabości, ale powtarzałam sobie, że w przyszłości to zaowocuje.

Wraz z rozpoczęciem nowej pracy poznałam swojego męża. Pracował niedaleko, więc mógł po mnie przychodzić. Po półtorej roku wzięliśmy ślub i zdecydowaliśmy się na dziecko. Oboje mieliśmy już stałą pracę, kupione mieszkanie, więc idealne warunki dla nowego członka rodziny. Niestety nie mogłam długo pracować w ciąży. Po pierwsze ze względu na objawy. Prawie całą ciążę zmagałam się z nudnościami, więc praca z ciągłą przerwą na toaletę nie wchodziła w grę. W dodatku mogłam pozwolić sobie tylko na 4 godziny pracy przy komputerze. Dlatego po około 15 tygodniu ciąży poszłam na zwolnienie. Bardzo żałowałam, ale znajdowałam sobie zajęcia w domu.

Przerywanie studiów nie wchodziło w grę. Chciałam dalej się uczyć, bo ciąża nie mogła mnie wyłączyć całkowicie z życia, a poza tym już za dużo wydałam pieniędzy na ten kierunek, aby tak po prostu go rzucić. Po uczelni kręciło się tyle ciężarnych, że stwierdziłam „skoro one dają radę, to ja też mogę”.

Jeden wykładowca podpowiedział mi, abym skorzystała z ITS (Indywidualny Tok Studiowania). Polega to mniej więcej na tym, że student uczęszcza na zajęcia ze swoją grupą, ale ma pewne przywileje:
- Możliwość opuszczenia zajęć w każdej chwili, bez żadnych konsekwencji.- W ciąży, zwłaszcza pod koniec, nie byłam w stanie usiedzieć od 8:00 do godziny 18:00, więc potrzebowałam dłuższych przerw lub szybszego powrotu do domu i odpoczynku. Nic mnie nie omijało, ponieważ dostawałam od wykładowców notatki i prezentacje z opuszczonych zajęć.
 - Indywidualne dostosowanie terminów zaliczeń.- Najbardziej bałam się, że nie będę mogła pojawić się na sesji lub ewentualnych poprawkach, ponieważ zaskoczy mnie poród. Oczywiście, mogłam pojawić się w normalnym czasie trwania sesji egzaminacyjnej, ale gdybym się nie zjawiła, to mogłabym mieć swoje pierwsze podejście np. we wrześniu. Tak jak podejrzewałam, urodziłam miesiąc przed terminem (5 dni przed sesją), ale na szczęście zaliczyłam wszystko w czasie „zerówek”.

Będąc w ciąży nie wychodziłam z założenia, że należy mi się specjalne traktowanie. Pokornie stałam w komunikacji miejskiej i nigdy nie dopraszałam się o miejsce. W kolejkach też starałam się czekać ze wszystkimi. Zdarzały się wyjątki. Natomiast cieszyło mnie to, że wśród wykładowców spotkałam się z ogromną empatią i uprzejmością. Wielokrotnie dopytywali się o samopoczucie, na kiedy jest termin porodu, czy zdążę z egzaminami. Wiedziałam, że w każdej chwili mogę liczyć na ewentualną pomoc.

Jakoś udało mi się dotrwać do końca. Nie było to łatwe. Gdyby ciąża była zagrożona, to nie pozwoliłabym sobie na to. Jedno jest pewne. Przy drugiej ciąży chcę pracować dłużej, oczywiście jeśli pozwoli mi na to mój stan. Wiem jak czułam się w domu i jak na siłę znajdowałam sobie zajęcie. Drugi raz sobie na to nie pozwolę.


A wy? Jak długo pracowałyście w ciąży? Czy są wśród was mamy, które studiowały będąc w ciąży? 
8. Jak skrzywdzić kobietę?

8. Jak skrzywdzić kobietę?



Ta sytuacja, którą opiszę nie była pierwszą i ostatnią sprawą tego typu.

Kiedy zakładałam tego bloga, zrobiłam sobie listę tematów, na które chciałabym pisać. No i tak sobie już chciałam pisać na jeden z nich, kiedy do głowy wpadł mi inny- NOWY. Wybraliśmy się z mężem i córką na weekendowy wyjazd do mojej rodziny oddalonej o ok. 400km od nas. Laura ma już dwa miesiące, więc postanowiliśmy, że powinna poznać resztę mojej rodziny i pobyć sobie w prawdziwym wiejskim klimacie. Na jednym ze spędów zaistniała pewna sytuacja, która zmusiła mnie do napisania tego wpisu. Robię to po to, aby wyrzucić z siebie negatywne uczucia.

Wiecie jak to jest z pijanymi ludźmi? Oni zawsze gadają głupoty, a w tym wszystkim są szczerzy do bólu. Nigdy nie wiedzą gdzie jest granica tej ich, pożal się Boże, szczerości i nie znają momentu ugryzienia się w język. Wyłącza im się zdrowy rozsądek i jakakolwiek empatia do drugiego człowieka.

Jestem dwa miesiące po porodzie i urodziłam przez cesarskie cięcie. To nie tylko poród, ale również jedna z poważniejszych operacji, którą przechodzą kobiety. To przecięcie powłok brzusznych i macicy, a następnie ich zaszycie. Rana z zewnątrz może wyglądać na zagojoną, ale w środku wciąż mogą być szwy, które prędzej czy później się rozpuszczą. Piszę to tutaj dlatego, że mężczyźni o tym zapominają lub po prostu tego nie wiedzą. Oczywiście nie wszyscy, ale znakomita ich większość. Wracając do meritum. W ciąży przytyłam mniej niż 10kg, ale ciało wyglądało jakbym przybrała ponad 20kg. Po porodzie nie mam ciała modelki i jak wiadomo powinnam poczekać z próbą zrzucenia zbędnego ciała co najmniej sześć miesięcy.

Właśnie tego dnia usłyszałam powiedziane prosto z mostu „Nie powinnaś dużo jeść, bo tu i ówdzie jest ciebie za dużo” (chodź i tak gorsze jest „no cześć grubasku”). Co mogłam sobie pomyśleć? Moja obecna waga jest moją zmorą, słabym punktem w głowie, który wrył się w nią na dobre. Nabawiłam się kompleksów. Byłam instruktorką Zumby… Ważyłam 49 kilogramów… Teraz już tyle nie ważę i prędko nie będę. Ale wierzcie mi drodzy dżentelmeni, że bardzo bym chciała.

Męczą mnie sytuacje, kiedy ludzie ustępują mi miejsce w tramwaju, bo szkoda im patrzeć na stojącą ciężarną. Męczą mnie chwile, kiedy w sklepie kasjerki przepuszczają mnie jako pierwszą, bo przecież ciężarna nie będzie stała w kolejce. To miłe z ich strony, ale ja już nie jestem w ciąży. Może kiedyś by mnie to śmieszyło, w końcu to obcy ludzie. Nie wiedzą, bo nie było ze mną dziecka. Niestety tego dnia, przy stole siedziałam z dzieckiem. To dziecko jest malutkie, więc logiczne jest to, że jeszcze nie doszłam do siebie.

Drodzy mężczyźni, bo tu dobitnie zwracam się do was. Szanujcie kobiety, które rodzą dzieci. Nie próbujcie ich ranić. Pomyślcie, bo może ta kobieta ma depresję, może ma kompleksy, może chciałaby się ruszać, ale nie może.

Ja bardzo kocham swoje dziecko i nie obwiniam jej za to, że teraz wyglądam jak wyglądam. Chęć posiadania dziecka była okropnie wielka. Po porodzie nadal mam lustra w domu i wiem, że nie wyglądam apetycznie. Nie rozumiem ludzi, którzy na siłę próbują mi o tym przypomnieć. Tak jak pisałam na początku, ta sytuacja nie była jedyna. Myślałam, że tylko ludzie pod wpływem alkoholu tak mają, ale się myliłam.

Bardzo chciałam, aby ten wspólnie spędzony weekend był miły. Niestety nabawiłam się jeszcze większych kompleksów na punkcie mojej wagi. Na samą myśl mam ochotę płakać. Natomiast przypomniał mi się film Krzysztofa Gonciarza „Krok pierwszy”. Dzięki tej sytuacji, dostałam moralnego kopa i sama zaczynam swój krok pierwszy. Zacznę od serdecznego pozdrowienia środkowym palcem, następnie przejdę do jedzenia zdrowo i powrotu do ćwiczeń… natychmiastowo.



Pozdrawiam,


Mocno nieidealna i gruba… DO CZASU ;) 

6. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.

6. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.


Odnoszę niemałe wrażenie, że treść dzisiejszego postu będzie kontrowersyjna. Skoro miałam traktować bloga jako swój pamiętnik, to chyba jest to idealne miejsce, aby się wam do czegoś przyznać.

Jest wiele spraw w temacie ciąży, o których albo się pomyliłam, albo nie miałam pojęcia. Co gorsza! O wielu rzeczach kompletnie zapomniałam!

1. Łatwo jest zajść w ciążę!

Brzmi kontrowersyjnie prawda?
Z początku właśnie tak uważałam. Skoro nam się udało, to przecież tak jest, ale niestety jest wiele par, które starają się o dziecko latami.

Decyzja o założeniu rodziny była dość przemyślana jak na taką spontaniczność. Dziwnie to brzmi?
Popatrzmy na to tak: Byliśmy po ślubie, kupiliśmy mieszkanie i czekaliśmy tylko na przeprowadzkę, oboje mieliśmy stabilną sytuację w pracy, wzięliśmy kredyt i mąż miał kota. No prawdziwy model rodziny.
Zaczęło się od zwykłej rutynowej wizyty u mojej Pani doktor. Grzecznie poinformowałam ją, że myślimy o powiększeniu rodziny i co by nam poleciła tak na dobry początek. Szczerze, na początku nic nie poleciła, ale poinformowała mnie, że: „Dziś jest dobry dzień!”. To podziękowałam i wyszłam. Pomyślałam sobie, no szurnięta jakaś! Nawiedzona! Ale w skowronkach poinformowałam o tym męża i bach! Że tak to ujmę, pojszło. Wróciłam za dwa lub trzy tygodnie i proszę bardzo siódmy tydzień ciąży. Oboje szczęśliwi i przerażeni, że było to takie proste. Stąd przekonanie, że zajść w ciążę jest łatwo.

2. Łatwo jest utrzymać ciążę!

Skoro już była ta ciąża, no to już tylko czekać do porodu. Oczywiście moja Pani doktor mówi, że nie ma się co cieszyć, tylko czekać do końca pierwszego trymestru. Znów sobie myślę: „No szurnięta!”. Ja się tu cieszę, że bez problemu i wielu starań będziemy mieć dziecko, a ta mi tu wyjeżdża, że jeszcze nic nie wiadomo. Podchodziłam do tego tak oczywiście i bez stresu, że nie było mowy o szybkim przerwaniu ciąży. Brałam kwas foliowy i stosowałam się do wszelkich zaleceń. Męczyły mnie okropne mdłości i chudłam, ale już nie mogłam się doczekać następnych wizyt i USG. Ze zniecierpliwieniem śledziłam rozwój małego człowieka z tygodnia na tydzień.

Dopiero później dowiedziałam się, że wiele ciąż kończy się przed 12 tygodniem. Często jest to spowodowane wadami zarodka. Więc nie dość, że ciężko jest zajść w ciążę, to jeszcze ciężej jest ją utrzymać. Docierało do mnie jak wielką robotę odwala matka natura i organizm kobiety. Szok!

3. Po co mi badania prenatalne!

Po pierwszym trymestrze lekarz proponował mi wykonanie badań prenatalnych. Wychodziłam z założenia, że żadne z nas nie jest obciążone genetycznie, że powinno się je robić po 35 roku życia i w ogóle po co mi to?! Na USG budowa płodu była prawidłowa i nic nie wskazywało na to, aby mogło mu coś zagrażać.

Gdy trafiłam w 33 tygodniu ciąży do szpitala z podejrzeniem przedwczesnego porodu, lekarz na Izbie Przyjęć wydarł się na mnie, że jestem nieodpowiedzialna. Dlaczego? Bo nie zrobiłam badań prenatalnych. Śmiech na Sali, bo co go to interesuje. Tak naprawdę dotarło do mnie, że przez te wszystkie miesiące podglądania mojego dziecka w brzuchu, kochałabym je nawet jeśli byłoby chore. W końcu to moje maleństwo. A Pan doktor to drań! O!

4. Zdrowy tryb życia? A po co to komu?

To było trochę mało zależne ode mnie. Wiem, że powinnam jeść zdrowo i żyć zdrowo w ciąży… Ale jak to zrobić? Większą część tego pięknego czasu męczyły mnie mdłości, a resztę byłam zmęczona. Przez mdłości żywiłam się codziennie rosołem z makaronem i daniami z McDonalds. To były jedyne rzeczy, które mi wchodziły i nie uciekały tą samą drogą. Przez pierwsze miesiące schudłam prawie 6kg. W późniejszym czasie bardzo byłam zmęczona i dużo spałam, ale starałam się spacerować.
Przez całą ciążę przytyłam 9kg (licząc od wagi po schudnięciu 6kg). Na złe mi to nie wyszło, ale powinnam naprawdę lepiej się odżywiać.

5. Dźwiganie i nadmierna aktywność może zaszkodzić!

Mówi się, że do tych 5kg można sobie nosić, ale nic powyżej. Ja miałam momentami adhd! Dźwigałam ciężkie rzeczy, jakieś zakupy, dużo sprzątałam i najważniejsze! Chodziłam na Aqua Zumbe. Oczywiście wszystko po konsultacji z lekarzem prowadzącym. Wielokrotnie czytałam w Internecie, że to nieodpowiedzialne. Ja kocham ruch. Nawet przed ciążą dochodziłam do wniosku, że nie jestem człowiekiem diet, tylko człowiekiem aktywności fizycznej. W końcu byłam instruktorką Zumby, to wiele wyjaśnia.
Jednak powinnam dać sobie nieco na wstrzymanie i zwolnienie po 30 tygodniu ciąży. W kończu w 33 tygodniu trafiłam do szpitala, a po wyjściu dostałam nakaz leżenia w domu .


No to się przyznałam do swoich małych głupotek. Podejrzewam, że przy drugiej i następnej ciąży już zwróciłabym uwagę na to wszystko i zwolniłabym na moment. Pewnie odpoczęłabym bardziej i skupiła się na wielu sprawach, które tak naprawdę olewałam przez te 36 tygodni bycia w ciąży. Choć nie żałuję, bo darowałam sobie nieświadomie wiele dni spokoju i brak stresu. 
3. Zastanów się zanim to zrobisz

3. Zastanów się zanim to zrobisz



O tym się nie mówi, zanim podejmie się decyzję o posiadaniu dziecka. Co jest dla mnie dziwne, bo temat damskiej torebki jest poruszany na każdym kroku. Do dziś nikt nie zbadał, co tak naprawdę się w niej znajduje. Na moje oko, to w jej skład wchodzą:
- portfel
- telefon
- klucze
- perfumy
- lusterko
- szczotka lub grzebień
- prostownica
- suszarka
- cały zestaw kosmetyków (Nawet te zapasowe, bo nigdy nie wiesz kiedy skończy się podkład.)
- wszystkie odcienie szminek
- butelka wina i kieliszek
- wszystkie możliwe karty lojalnościowe
- album ze zdjęciami
- sterta paragonów
- chłopak/ narzeczony/ mąż
- zestaw małego majsterkowicza
- i inne.

Ostatnio zobaczyłam ciekawy obrazek pt. „Co się zmieniło odkąd zostałam mamą”. On zainspirował mnie do tego wpisu. To dość ciekawe, bo kiedy jeszcze byłam w ciąży uważałam, że takie zdjęcia i gadanie, to przesada. Wiecie, te wszystkie narzekania, że nie mam czasu na makijaż, że paznokcie byle jakie, że włosy, że kawa zimna. Myślałam sobie, no przecież dziecko je i śpi. Ewentualnie narobi w pieluchę raz na jakiś czas, więc mamy mogą zrobić wszystko. Przykładem są nasze mamy. Przecież one dały radę i nawet dobrze wyglądają. Moja to chwila moment i do pracy wróciła… I MA TRÓJKĘ DZIECI. Więc jak to tak? Nie mieć czasu na makijaż? No proszę ja was.
Potem urodziłam dziecko i UWAGA! Zdziwienie niesamowite.


Zacznijmy od torebki!

Kiedyś ta moja torebka, to wyglądała właśnie tak jak to opisałam na początku. Miała wszystko, a znalezienie dzwoniącego telefonu graniczyło z cudem. Czułam się jak Hermiona i jej torebka bez dna z książek J.K. Rowling. Jeśli chodzi o to, czy była droga i markowa? Nie. Jak kupiłam torebkę w jakimś CCC, to nosiłam ją latami, aż się rozerwała i zaczęłam gubić z niej swój dobytek.
Po porodzie dorobiłam się dużej, pięknej i MARKOWEJ torby. Prosto od Giorgio ADAMEX i już nie noszę w niej tego wszystkiego. Obecnie w jej skład chodzą rzeczy mojego małego ssaka i mój malutki dodatek:
- Portfel lub sama karta płatnicza (Nie zawsze ten portfel się zmieści)
- telefon (bo w nim jest karta Rossnę!)
- klucze od domu
Tyle mojego, a teraz rzeczy Laury:
- dwie butelki z wodą na mleko (2x300ml)
- butelka z wodą do picia (1x200ml)
- pojemnik z mlekiem w proszku
- 10 sztuk pampersów
- chusteczki nawilżone
- pielucha tetrowa
- krem do wszystkiego
- półśpiochy
- bluza z kapturem
- skarpetki
- podkład do przewijania
- body na zmianę
- pielucha flanelowa
Tyle rzeczy w jednej torbie. FIRMOWA! Ładna, szara! Ogólnie, to napchana po samiutkie brzegi. Nie narzekam, ale już czekam na moment, kiedy znów będę dumną posiadaczką własnej torebki.

Co jeszcze się zmieniło?

11.       Nauczyłam się pić kawę. Nie ma odpowiedniej wielkości szklanki, aby ta kawa na mnie zadziałała. Rozważam picie jej z wanny. Czasem zdarza się, że niestety, ale muszę wypić ją już zimną. Tak samo zresztą jest z jedzeniem obiadu… też zimny. W końcu moje dziecko robi się głodne i marudne akurat wtedy, gdy ja zamierzam jeść.
22.       Wychodzenie na zakupy. Zanim zostałam dumną posiadaczką chusty, to wychodzenie na zakupy traktowałam jako spacer. Zazwyczaj zakupy są jedzeniowe, albo pakiet obowiązkowy (mleko, pampersy, chusteczki nawilżone). Potem się wraca do domu z wózkiem niczym samochodem dostawczym.
33.       Chusteczki nawilżone. Przed porodem twardo stawiałam na płatki kosmetyczne i przegotowaną wodę. Przecież chusteczki to zło. Trzeba dbać o skórę dziecka.
Po porodzie wiem, że chusteczki nawilżone są do wszystkiego. Nie tylko przydaje się przy dziecku, ale też na klejący się od mleka stół, ścieranie kurzu, otarcie własnych rąk. No przecież mówię, że do wszystkiego. Nawet buty nimi przetrę.
44.       Makijaż… Dawno o nim nie słyszałam. Ostatnio składa się tylko z pomalowania rzęs maskarą i tyle. Naprawdę nie wiem jak te instagramowe mamy mają czas na pełen makijaż. Chyba, że ich dzieci, to śpiące anioły, to w zupełności rozumiem. Niestety moja ostatnio jest na etapie bycia nieodkładaną. Cud, że znajduję czas na wzięcie prysznica. Pod tym względem podziwiam samotne matki. Gdyby nie mój mąż i teściowa, to w ogóle byłabym okropnie nieogarniętym człowiekiem, chodzącym cały dzień w piżamie.


Dlatego już wiem, że nie ma co oceniać tych wszystkich obrazków i matkowych memów. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Na razie muszę wypracować sobie plan, jakby tu ogarnąć wszystko, mając bardzo wymagające dziecko. Na razie i tak dziękuję za to, że Laura potrafi spać podczas odkurzania. Jeśli nie mogę ogarnąć siebie, to chociaż mogę utrzymać czystość wokół mnie. 
2. Przegapić poród

2. Przegapić poród

Wiele kobiet w ciąży boi się, czy zdąży przygotować wszystko na czas: pranie ubranek, wózek, łóżeczko, gadżety dla nowego członka rodziny, ewentualny remont lub spakowanie walizki do szpitala. Ja wszystko miałam już gotowe przed skończeniem 30 tygodnia. Jedyna moja obawa brzmiała dosyć komicznie. Czy zdołam rozpoznać, że poród już się zaczął?! Co jak nie zauważę, że odeszły mi wody?!

Kiedykolwiek podzieliłam się z kimś swoją obawą, to słyszałam jedną odpowiedź: „Zaufaj mi! Będziesz wiedziała, że to już.”, „Tego nie można przegapić!”, „Ten straszny ból da Ci znać, że to już pora”, „Odejścia wód nie da się przegapić, chyba, że się sączą”. Skoro mówiły to kobiety, które już rodziły, to trzeba im zaufać. W końcu mają większe doświadczenie ode mnie. Wiadomo, pierwsza ciąża rządzi się swoimi prawami.

Kiedy w 34 tygodniu dowiedziałam się, że moje dziecko dalej jest ułożone pośladkowo, to odetchnęłam z ulgą. W końcu sama będę mogła sobie zaplanować poród i nic mnie nie zaskoczy. Słowa Pani doktor prowadzącej, że będę mogła zaplanować cięcie już w 38 tygodniu ciąży, brzmiały jak zbawienie. To musiałaby być złośliwość, jeśli dziecko zechce wyjść wcześniej…

No właśnie!

To była złośliwość, bo nie zdążyłam nawet odebrać skierowania.

Jeśli posłuchałabym słów tych wszystkich kobiet „te skurcze są okropnie bolesne”, „nie przegapisz porodu”, to pewnie bym go przegapiła J

Zacznijmy od tego, że skurcze przepowiadające miałam już od dawna, brałam nospę i po kłopocie – przechodziło. Tego dnia było tak samo. Brzuch stawiał się od rana, ale po tabletkach przeszło, bo w końcu lekarka powiedziała- „Jeśli nospa zadziała, to są to tylko skurcze przepowiadające”.
Z taką wiedzą i brakiem doświadczenia, poszłam dalej spać. Na moje nieszczęście wody się sączyły, a ja tak jak się obawiałam, nie zwróciłam na to uwagi. Po kilku godzinach brzuch znów twardniał, ale oczywiście niedoświadczona ja stwierdziłam, że to pewnie dziecko się wypina, bo brzuch taki lekko kwadratowy. Brawo ja!

Mąż wrócił z pracy o 16:30 i raczyłam go tylko poinformować o swoich dolegliwościach. Chwilę później telefon od mamy z pytaniem „Co tam? Jak się czujesz?”. Na mój wywód o dzisiejszych dyskomfortach dostałam mocny ochrzan i rozkaz, aby jak najszybciej jechać do szpitala. Ja oczywiście mając czas na pierdoły, odwiedziłam jeszcze Luxmed w celu odebrania wyników GBS i dopiero ruszyliśmy na porodówkę. Znając siebie, pewnie zaproponowałabym mężowi McDrive, bo biedny nie zdążył zjeść obiadu po pracy, a sama chętnie wciągnęłabym burgera. Jadąc około 17:00 „te jakże bolesne skurcze” były już co 7 minut.

Ludzie! Ja naprawdę uważałam, że ta podróż była zbędna. Przecież z opowieści tych wszystkich kobiet, poród boli! A mnie nic nie bolało. Czy ja jestem jakaś nienormalna? Ja się wspaniale czuję!

Na izbie przyjęć szybkie badanie i słowa lekarki „Pani ma rozwarcie na prawie 4cm, przyjmujemy na oddział”, a po szybkim USG „na Pani szczęście będzie cięcie”. Leżąc na Sali przedporodowej, dalej nic nie zaczęło mnie boleć, a KTG pokazywało skurcze. Szybka akcja! O 20:00 zabrali mnie na salę, a o 20:25 trafiłam na oddział położniczy. Gdyby wszystkie kobiety rodziły tak szybko, to życie byłoby łatwiejsze.

Tak sobie teraz myślę, że gdyby nie moja mama, to naprawdę przegapiłabym własny poród. Teraz już wiem, że każda ciąża jest inna, każdy poród jest inny i nie ma się co porównywać. Na przyszłość będę mądrzejsza i bogatsza o jedno ciekawe doświadczenie.



Laura urodziła się w 36 tygodniu ciąży. Wielka na 52cm z wagą 3120g. Moje małe szczęście 10/10.

Popularne posty

Copyright © 2014 Mama mocno nieidealna , Blogger